NAGA PRAWDA W MASPALOMAS

9 sierpnia 2018 o 22:55|14 komentarzy

 

 

CYKL: MIEJSCA

Jeszcze żadne z takich miejsc nie wzbudziło tylu emocji wśród tych, którzy mieli swój udział w wiedzy, że się tam wybieram. Wstydu, kłamstw, roztrzęsienia i łez. Łącznie ze mną samą.

Pierwszą osobą, od której dowiedziałam się o istnieniu Dunas de Maspalomas, czyli wydm w Maspalomas, był mój Pan. Brzmiało mitycznie i taką samą zdawało się obrosnąć sławą, gdy przeczytałam w Internecie, że to mekka nudystów i homoseksualistów. A ponieważ dotychczas nie byłam jeszcze na żadnej z Wysp Kanaryjskich, kierunek Gran Canaria brzmiał zachęcająco.

Często myślę, że poszukując kolejnych, jeszcze nieznanych plaż nudystów, wciąż powracam na pierwszą w moim życiu, na Krecie, z której relację pisałam jeszcze na poprzednim blogu. Wywarła na mnie wtedy tak silne wrażenie erotyczne, że gdy nadchodzi lato, usiłuję odtwarzać tamten klimat na nowo.

Rok, czy dwa lata temu zorientowałam się z rozmów, że właśnie wrócili z Maspalomas nasi dobrzy znajomi. Przemierzyli ją wzdłuż i wszerz, podglądając gejów i golasów. Ekscytowali się tym jeszcze z dobry rok przy każdej okazji towarzyskiej. „Ach, co się tam nie działo! Nikt się nie krępował. Szli na całość! Tak, tak, nawet seks uprawiali na oczach wszystkich!”

Któżby nie chciał tam pojechać po takiej reklamie.

– A gdzie to dokładnie jest? – dopytywałam się. – Wybieramy się z Mężem na Gran Canarię, tylko nie wiemy gdzie szukać hotelu, żeby być jak najbliżej tej plaży.

– Och, właściwie to nie wiemy, gdzie byliśmy… – wykręcali się.

Podobno przyjaciele…

Ja jednak podzielę się tutaj wiedzą w szczegółach. PUBLICZNIE 🙂

Ostateczna decyzja o wyjeździe zapadła w ostatniej chwili. Pozostało mi więc uwierzyć na słowo pani w biurze podróży, że hotel najbliżej Dunas de Maspalomas jest dostępny w San Agustin.

– To nie jest właściwa miejscowość – skomentował ów niewiedzący-gdzie-był znajomy, gdy było już za późno na zmianę. On to właściwie skomentował jeszcze gorzej, z nieukrywaną, złośliwą satysfakcją: – Będziecie mieli hotel w pobliżu najbrzydszej plaży w okolicy!

No proszę, a jednak wiedział gdzie był!

Obraziłam się.

Po przylocie, już w hotelu, niecierpliwie wysłuchałam oficjalnej, przydługiej oferty atrakcji oferowanych na wyspie przez panią rezydent, która pod koniec dodała:

– Państwo, którzy mają dzieci, proszę uważać na plaży na nudystów i homo…. Homose… – tu się zaczerwieniła, po czym zaplątał jej się język. – Wprawdzie są dla nich specjalnie wydzielone strefy, ale należy być ostrożnym podczas spacerów.

Pobudzona świadomością, że plaża jest tuż, tuż, w zasięgu ręki, zapytałam wprost:

– Szanowna pani, pewnie większość tych ludzi przyjechała tutaj właśnie po to, więc może powie nam pani dokładnie jak tam dotrzeć?

– Dla tych, którzy lubią nadmorskie spacery, to sześć kilometrów plażą już stąd.

Pani skłamała.

Ostatecznie pojechaliśmy taksówką przez dwie miejscowości pełne hoteli i bungalowów, a trasa wydawała się nie mieć końca, chociaż trwała tylko około dwudziestu minut. Taksówkarz wysadził nas przy Faro de Maspalomas, czyli latarni morskiej. Gdybym była facetem, powiedziałabym, że stanął mi na myśl, że czeka na mnie już w zasięgu ręki, taka nagrzana, a ja spieszę, żeby ją zaliczyć. Kobietę tak, ale plażę?

Powtórzył się scenariusz z Es Trenc na Majorce (też opisana na poprzednim blogu). Piękna, niekończąca się, dość szeroka, złocista plaża, i czyste morze mieniące się odcieniami lazuru i szmaragdu. Różnica była tylko taka, że na początkowym odcinku, przeznaczonym dla tradycyjnych plażowiczów, za rzędami pomarańczowych parasoli i leżaków, znajdowały się małe sklepiki i bary. A nawet niespełniona obietnica toalet na tablicy informacyjnej. Niedługo potem, za pasem plaży zaczynały się słynne wydmy, które biegły równolegle do plaży.

Za pierwszym razem odniosłam wrażenie, że szliśmy przed siebie w nieskończoność, z czasem tracąc tempo i zaczynając wlec się noga za nogą. Ulgi przed słońcem nie przynosiła nawet chłodna woda oceanu oblewająca stopy przy samym brzegu. Zaczęłam się obawiać, że zanim znajdę upragniony odcinek, zagrzeje mi się zimne piwo i mrożona kawa, którymi miałam zamiar uczcić osiągnięcie celu.

– Tu? Nieeee, jeszcze nie tu… – powtarzaliśmy do siebie z Mężem wciąż te same słowa, wyciągając szyję w kierunku kolejnych mijanych rzędów leżaków.

– Jest, jest! Patrz! – prawie krzyknęłam.

Na twarz wypłynął mu szeroki uśmiech, gdy zauważył na czym opieram swój domysł. Na niewielkim wzniesieniu usypanym z podmywanego wodą piasku podczas przypływów, od którego zaczynał się suchy pas zajmowany przez leżaki, stał mężczyzna. Był zupełnie nagi, w samym tylko małym, jasnym, płóciennym kapelusiku na głowie, chroniącym go przed słońcem. Słusznego wieku i wzrostu, stał jak samozwańczy strażnik na posterunku przy nieistniejącej rogatce, nic sobie nie robiąc ze spojrzeń przechodniów, którzy zerkali na niego bardziej lub mniej otwarcie.

– Tak, to rzeczywiście musi być tutaj – przyznał Mąż.

Skręciliśmy w kierunku leżaków i parasoli, znajdujących się najwyraźniej również na wyposażeniu publicznej plaży, ponieważ niczym nie różniły się od poprzednich. Pora była wczesnopopołudniowa, ale nie wszystkie były zajęte. Od razu zrzuciłam z siebie ubranie.

Mąż się rozejrzał. Wprawdzie większość osób była całkowicie rozebrana, ale część pozostawała jednak w strojach kąpielowych.

– Dobrze, że się rozebrałaś, to ja już nie muszę. Nie wyrzucą mnie stąd – stwierdził z ulgą.

– No, koszulę to mógłbyś zdjąć.

– Słońce mnie spali. Później.

– A gacie? Chociaż na chwilę.

Lubiłam żartobliwie bawić się jego wstydem. Jednak na razie nie dał się nakłonić.

– No przecież nie jak kręci się koło nas facet od kasowania za leżaki!

Rzeczywiście był w tym jakiś dreszczyk zawstydzającej emocji, gdy kasjer w pełnym odzieniu, schowany ponadto za ciemnymi lustrzankami, podszedł do nas, żeby wręczyć bilety. Miałam świadomość, że moje ciemne owłosienie łonowe, niecodzienne w dzisiejszych wydepilowanych czasach, zawsze przyciąga uwagę.

– Pójdziesz mi po sangrię? Niech mój sen się spełni. Słońce, upał, plaża i zimna sangria.

– Pójdę, ale też nie będę stał goły pod kioskiem jak ta reszta – zastrzegł się.

Kiosk nr 4, bo taki numer nosił plażowy bar w tym miejscu, czyli biała budka z piwem i innymi napojami, był wdzięcznym miejscem towarzyskim. Jednak parę nielicznych krzeseł obok zajmowali wyłącznie nadzy panowie i panie w bikini.

Rozejrzałam się dyskretnie po leżakach. Wszędzie dotychczas znaczną większość nudystów stanowili ludzie w mocno dojrzałym wieku. Tutaj było przynajmniej kilka młodszych par. I co ciekawe, zdecydowanie bardziej apetycznie prezentowały się nago młode dziewczyny o pełnych kształtach i bujnych, naturalnych piersiach, niż wychudzone kobiety spełniające współczesne standardy rozmiarów.

Niemniej jednak, prowadząc obserwacje na plaży, nie po raz pierwszy nasuwał mi się bezwzględny osąd, że to nie kobiety są płcią, która o siebie dba. Dbałość kobiet sprowadza się najczęściej do namalowania urody i udekorowania się efektownym strojem. Naga prawda objawiała się właśnie w takich miejscach. To głównie mężczyźni dbali o swoje ciała. I niejeden młody lub dojrzały bóg był ozdobą co najmniej jednego rzędu leżaków. Ciała szczupłe, opalone, umięśnione w sposób naturalny, burza loków po ramiona albo włosy krótko przycięte przy skórze. Można śmiało powiedzieć, że uzbierał się ich tam niemal cały panteon. Ci nie leżeli ani przez chwilę. Przechadzali się majestatycznie w przejściu między dwoma zestawami rzędów lub kręcili się wokół swoich leżaków, zawsze na stojąco, jakby czegoś wypatrywali. Siadali i zaraz potem wstawali, powoli obracając się wokół własnej osi, tak, żeby obserwującym nie umknął żaden szczegół ich perfekcyjnych ciał.

Miałam ochotę zrobić stamtąd dyskretną fotorelację moim archaicznym modelem komórki, ale brakowało mi wprawy paparazzi, więc nie chciałam ryzykować, że zostanę wyproszona za czyny zabronione niepisanym regulaminem.

Upał w końcu przepędził mnie do oceanu. Piasek parzył stopy. Nabrałam rozpędu z krępującym poczuciem, że paraduję ze sterczącą czuprynką czarnych włosów łonowych w skupiającym na sobie uwagę truchcie na tle spowolnionych od upałów ruchów reszty. Na tej plaży mało kto czytał czy rozwiązywał krzyżówki, jak wszędzie indziej. Wszyscy mniej lub bardziej dyskretnie przyglądali się innym, a wszechobecna nagość skłaniała pary do flirtu. To było widać, że oni nie rozmawiają tak po prostu, tylko prowadzą powolną, pełną znaczących spojrzeń, muśnięć i uśmiechów grę wstępną.

Ominęłam slalomem mężczyznę rozłożonego w przejściu między oboma zestawami rzędów leżaków. Przez głowę przemknęła mi myśl, że on z kolei tak bardzo chciał zwrócić na siebie uwagę, że umyślnie położył się w miejscu, w którym nie mógł pozostać niezauważony. Leżał na plecach w pozie nasuwającej skojarzenie, że opala sobie przyrodzenie. Tym bardziej, że było co opalać.

Prawdziwe zawstydzenie pojawiło się dopiero gdy przekroczyłam magiczną granicę enklawy nudystów. Pas piasku przy samym morzu stanowił trasę spacerową dla wszystkich. Wszystkich ubranych w cokolwiek. To po prostu było widać, że my, golasy, jesteśmy dla nich atrakcją turystyczną nie mniejszą niż słynne wydmy. Na szczęście przechodnie na ogół przechodzili. Szybciej lub wolniej, ale w końcu znikali, bo za przysłowiowym wydmowym winklem czekała na nich jeszcze większa atrakcja. Gorzej było z tymi, którzy zostali tam, żeby nas obserwować. Czworo młodych ludzi, najwyraźniej dobrych znajomych, dwie kobiety i dwóch mężczyzn, ubranych prawie po szyję mimo lipcowego upału, leżało razem na jednym kocu z głowami zwróconymi nie w stronę oceanu, jak wszyscy, ale w stronę kroczy nudystów. Ośmieleni byciem w grupie, przyglądali nam się, żywo przy tym gestykulując i co chwilę wybuchając śmiechem. „Loża szyderców w golfach”, pomyślałam z irytacją, zmuszona przejść obok nich.

– Chodź! – kiwnęłam na Męża. – Zrobisz mi zdjęcie na tle fal.

Podszedł do mnie z komórką. Ustawiłam się tyłem do morza. Musiałam odrzucić myśl o tym, że z własnej woli wystawiam się w pełni na widok publiczny, stanowiąc rodzaj rozrywki dla tych rozebranych i ubranych, reagujących z nudów na każdy ruch w otoczeniu. Mentalnie od samego początku byłam na tej plaży również z Panem. Pragnęłam tego zdjęcia.

– To ma być zdjęcie dla twojego Pana? – zgadywał Mąż z figlarnym błyskiem w oku.

– Tak – potwierdziłam.

Odwróciłam się odruchowo, sprawdzając tło, i zobaczyłam za sobą nagiego czarnoskórego, brnącego przez fale. Przyjrzałam się, czy ma slipki. Nie miał.

– Zrób mi z tym Murzynem w tle, żeby uwiarygodnić Panu, że dotarłam na Maspalomas!

Przypadłością Męża było niestety to, że w nieskończoność przymierzał się do zrobienia każdego ujęcia, a moją, że szczerze nie znosiłam pozować.

– No rób już! Cykaj, bo zaczynam się sztucznie uśmiechać! Poza tym Murzyn się przemieszcza i zaraz zniknie z kadru! – beształam go nerwowo, pomiędzy żartami, że to Murzyn napływowy, gdy tak niespodziewanie wyłonił się spośród fal.

Mąż uchwycił mnie na zdjęciu, gdy się z nim spierałam, a nie uśmiechałam w myślach do Pana. Kazałam mu powtórzyć, lecz tego właściwego już nie zdążyłam wysłać Panu. Niestety, przeceniłam jego odporność na moje żarty, gdy dostał mnie w zestawie z gołym Murzynem, zaraz gdy tylko wróciłam na leżak. Stąd potem moje łzy, wspomniane na początku. Cóż, „z graczki przyjdą płaczki”, jak mawiała moja śląska teściowa.

Nie mogłam sobie odmówić powtórki zrobienia nagiego ujęcia dla Pana na tle wydm. Nikt tutaj w tej chwili nie fotografował się tak ostentacyjnie jak ja.

Okazało się, że ta niezamierzona autoprezentacja zrobiła swoje. Mąż zatrzymał się jeszcze przy budce z piwem, podczas gdy ja już opalałam się na leżaku, a właściwie obserwowałam wszystkich dookoła. I nagle stanął przede mną mężczyzna około trzydziestki, krępy, mocno opalony, o ciemnych, kędzierzawych włosach, wyglądający na Hiszpana. Zatrzymałam na nim wzrok, a on uśmiechnął się do mnie szeroko, wręcz uwodzicielsko, i zaczął kołysać biodrami, wprawiając w ruch swojego członka. Lecz chociaż wywołał uśmiech na mojej twarzy, nie zamierzałam skorzystać z jego jednoznacznej zachęty. Udałam brak dalszego zainteresowania, co go skutecznie zniechęciło do dalszych zalotów. Był Pan, którego tu nie było, i był Mąż, który wolał o tym słuchać, niż uczestniczyć.

– Widziałeś…? – zapytałam Męża.

– Widziałem! Znikam na moment, a tu zaraz znajduje się zastępstwo! – udał oburzenie, po czym zaraz wybuchnął śmiechem.

O siedemnastej obsługa zaczęła zwijać parasole. Posiedzieliśmy na plaży jeszcze godzinę. O tej porze zaczynało robić się nieco chłodniej i nasilał się wiatr. Te kilometry w stronę powrotną, w kierunku Playa del Ingles, a następnie San Agustin, pokonaliśmy na piechotę. Gdy skończyła się piaszczysta plaża wraz z wydmami, padłam zmęczona na siedzenie najbliższej taksówki, skracając sobie drogę do hotelu. Piszę te szczegóły ku przestrodze, żeby zaufanie do rezydentów biur podróży zdecydowanie ograniczyć w równym stopniu, jak do współuczestników ruchu drogowego. O „przyjaciołach” nie wspominając…

 

Wróciliśmy na Dunas de Maspalomas dwa dni później. Prawdę mówiąc nie znosiłam opalać się w stroju, i kiedy tylko miałam okazję, opalałam się przynajmniej topless. Plaże nudystów dawały mi poczucie wolności. Miałam obsesyjną potrzebę opalenia sobie piersi. Chciałam, żeby ściemniały mi sutki. Nie byłam jednak typem osoby bez przerwy smażącej się na plaży. Na szczęście słońce atlantyckie brązowiło skórę równie szybko, jak śródziemnomorskie. Do tego cudowny klimat kanaryjski, w którym ciągły wiatr czynił letnie upały bardziej znośnymi, niż nad Morzem Śródziemnym w tych samych miesiącach.

– A ty kiedy się w końcu rozbierzesz? – droczyłam się z Mężem, widząc, że na razie zdjął tylko koszulę.

– Spokojnie, muszę dojrzeć. Następnym razem jak pójdę do wody. Boję się tylko jednego… – zawiesił głos.

– Czego?

Rozejrzał się i znacząco zatrzymał wzrok kolejno na kilku nagich kobietach.

– … że pod wpływem wrażeń mi stanie jak będę szedł do wody i wszyscy to zobaczą – uśmiechnął się z zakłopotaniem.

Ja też się rozejrzałam, ale celując spojrzeniem w członki.

– Patrz, oni wszyscy mają fiuty w półwzwodzie. Nie przejmuj się.

Na razie to on oglądał wszystkich. Po jego uśmiechu, czy raczej uśmieszku, zorientowałam się, że dla mężczyzny to właściwie jedna z niewielu okazji, żeby porównać się z innymi. Napatrzeć na to, co na co dzień ukryte, wbrew powszechnej opinii, że mężczyźni hetero nie interesują się cudzymi członkami.

W końcu rozebrał się i znowu poszliśmy się kąpać. Coś mi się jednak nie zgadzało. Zaczęłam się z niego głośno śmiać, gdy dotarło do mnie, co to jest.

– Ach! Gacie zdjąłeś, za to założyłeś ciemne okulary!

– Dla równowagi. – Uśmiechnął się szelmowsko.

Połączenie wiatru i oceanu nie dawało dużej szansy, żeby spokojnie popływać. Bawiliśmy się jak dzieciaki, podskakując radośnie przy każdej zalewającej nas wysokiej fali. Krajobraz przed nami był naprawdę piękny. Wydmy ze złotego piasku i ludzie, od których wręcz biła beztroska, spokój i poczucie błogiego lenistwa. I ten kiosk z zimnym piwem pośrodku.

– To aż zaskakujące, że w takim miejscu, w samym środku lata, jest tak mało ludzi na plaży – zauważył Mąż.

Niedostatek plażowiczów uzupełniały regularne patrole policji zatrzymujące się samochodami co jakiś czas akurat przy kiosku nr 4. Jeśli patrolowali, czy wszyscy przykładnie są tu nago, to nie przykładali się do swojej pracy. Powinni byli wręczać mandaty za pozostawianie w odzieży w tej strefie.

Same wydmy w praktyce były rezerwatem tylko z nazwy. Wciąż ktoś pokonywał wzgórza piachu i znikał w głębi, gdzie rosły krzewy. Stanęliśmy na szczycie jednego z nich i z oddali przyglądaliśmy się ludziom penetrującym krzaki. Właściwie ludzikom, bo z tej perspektywy wyglądali jak małe, ruchome ludziki z klocków.

– Co oni tam robią? Gdyby się pieprzyli, to przecież byłoby to widać. Te krzaki nie są aż takie gęste – zastanawiałam się.

Powiedziałam o tym pieprzeniu, ponieważ Pan rozbudził moją ciekawość, mówiąc mi przed wyjazdem: „Pamiętaj, że pieprzą się na wydmach.”

– Srają – stwierdził Mąż.

Biorąc pod uwagę, że do doskonałości tego miejsca brakowało jeszcze tylko toitoia, było to całkiem możliwe.

Dlaczego nie poszłam sprawdzić tego osobiście? Sprawdzić, czy się pieprzą, nie srają. Reporterską ciekawość niestety zabił we mnie wirus, którego złapałam zaraz po przyjeździe, i żołądek dokuczał mi tak boleśnie, że po prostu nie miałam siły wdrapywać się po piasku obsuwającym się pod stopami.

Mąż, ze swoim poznawczym ADHD, sam wybrał się eksplorować dalsze rejony. Bo gdzieś dalej miała znajdować się plaża gejowska.

– Są, tam za winklem! – poinformował mnie po powrocie, wyraźnie podekscytowany odkryciem. – I jest ich jeszcze więcej niż tutaj nudystów! Wszystkie leżaki są zapełnione! Nie zorientowałem się od razu. Najpierw zastanowiło mnie, dlaczego tamtą strefę zajmują sami mężczyźni – ciągnął relację. – Ale jak zobaczyłem parę całujących się facetów, to nabrałem pewności.

Sądząc z tego, co usłyszeliśmy potem od jeszcze innego przewodnika, geje raczej nie tylko srali na wydmach. „Ostrzegam państwa, którzy mają dzieci, że na plaży Maspalomas znajduje się również strefa dla gejów. A gdy zechcą państwo zwiedzać wydmy, to proszę liczyć się z niewygodnymi pytaniami ze strony dzieci, dlaczego jeden pan skacze po drugim.”

Z dużym prawdopodobieństwem zakładam, że takie informacje tylko rozbudzały ciekawość tych, którzy akurat nie przyjechali tu „poskakać na sobie” na wydmach. I pewnie stąd niekończące się tłumy spacerowiczów na tych odcinkach. W końcu sama tam po to pojechałam…

Kropka 🙂

 

14 myśli na temat “NAGA PRAWDA W MASPALOMAS”

  1. plaza nudystow bylem tam tego lata. jest tak goraco ze trudno wytrzymac w majtkach. Meduzy troche mi tylek poparzyly 🙂

    1. Baaardzo kuszące;)) I dziękuję Ano, ze mi w ten sposób przypomniałaś, że mam jeszcze dług – opisanie poprzedniej wystawy.

  2. Powiem Tobie Kropeczko, że tak rozbudziłaś moją ciekawość, że chętnie bym się i ja tam wybrała 🙂
    A Twój mąż to niezły agent 😀 uśmiałam się na całego 😀 a z tymi okularami no mistrzostwo 😀 uśmiałam się do łez 😀

    1. Bardzo się cieszę, Maargaret, ze dostarczyłam Ci trochę rozrywki:) I przepraszam Cię najmocniej, ze nie udzielam się ostatnio w necie, chociaż to nie zmniejsza mojej ciekawości, co u Ciebie. Życzę Ci dużo radości z dzieciątka :)*

      1. Nie przepraszaj, sama zalegam z pisaniem na swoim blogu… ostatni wpis z maja a już mamy koniec października 😀 będę musiała jakoś nadrobić.

        Buziaki :*

        W smsie Ci napiszę 😉

  3. Rany boskie, jak dawno mnie tu nie było! Sądząc z daty ostatniego wpisu – Ciebie również stopy poniosły w inne strony wirtualnego świata . Albo w ruchome piaski wydm Maspalomas i tam pogrzebały. Taką opaloną i nasmarowaną olejkiem (żeby tylko 🙂 ) W tym kontekście wyobraź sobie faceta w pocie czoła machającego łopatą, próbującego dokopać się do plażowego skarbu: to JA!

    Mimo że twój blog w zawieszeniu, to dla mnie wielka frajda znowu móc poczytać o tych wszystkich rzeczach, o których my, w zakonie kamedułów bosych, boimy się nie tylko pisać, ale nawet choćby i pomyśleć. Grzech to bowiem rzecz straszna i potem Ojciec Patryk każe się rozbierać i strasznie batogiem naparza.

    Hm…

    Ha!

    W komentarzu pod opowieścią w klimatach BDSM to wcale nie brzmi jak kara… Nie, nie, nie: precz myśli nieczyste! Apage Satanas!

    Pozdrowienia z klasztornej celi! 😉

    1. Shintaro-san, Ty mnie zawsze potrafisz rozśmieszyć, w dodatku na najwyzszym poziomie żartu. Chociaż ja ostatnio zostałam zagorzałą fanką stand-upu i trochę jestem zagubiona, czy wierzyć innym, że to zarty niskich lotów, czy ufać intuicji, a raczej gustowi, że jednak lotów najwyższych. „Skarb”… Jak przeczytalam te słowa jeszcze w swojej poczcie, to aż się popłakałam, że jakiś mężczyzna, nawet wirtualny zakonnik bosy, może tak o mnie pomyśleć… Nie, nie zaniosło mnie w żadne inne wirtualne zakątki, wręcz odwrotnie. Oddałam się pracy, tak wyszło, zimno jeszcze do niedawna (było coś takiego…) paraliżowało mój zapał, bo piec w piwnicy jeszcze starej generacji, a potem zwariowałam. Dosłownie:))) Ale powrót do pisania zdecydowanie konieczny. Pozdrawiam Cię serdecznie a zycie zakonne sobie ceń – batożone ciało boli zdecydowanie mniej niż batożone serce… Z Cami zawsze Cię wspominamy, gdy się widzimy lub słyszymy;)* Uściski!

  4. Kasiu. A co to. Wchodzę sobie, pewna, że mam wiele nowych postów do przeczytania a tutaj…? Pustki. Co się dzieje? 🙁

    1. Brak samodyscypliny, oddanie pracy przez prawie rok, a teraz… Był kiedyś taki bloger Osiołek, który żył tylko przeszłością, lecz nie potrafił się nią cieszyć, bo teraźniejszośc była już tylko smutna. Jeśli uda mi się przełamać tę „osiołkową” barierę w sobie, to postaram się trochę powspominać. Ale przede wszystkim – bardzo miło Cię tu widzieć!:) Zaraz mi się przypomina Twoja przepiękna buzia na zdjęciach! To daje wiarę, że jest jeszcze życie po życiu. Całusy serdeczne!*

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *